Sprawdzian z rodzinnych relacji

Sprawdzian z rodzinnych relacji

Z okazji inauguracji kampanii „Wspólny dom – wspólne obowiązki” Sylwia Ziemacka z Fundacji Share the Care rozmawia z psychologiem i psychoterapeutą Piotrem Romanowskim.

Porozmawiajmy o konfliktach na tle podziału obowiązków domowych. Temat zawsze aktualny, ale podczas pandemii dotyka nas dużo mocniej, bo spędzamy w domu i ze sobą znacznie więcej czasu. Dlaczego się o to kłócimy?

Konflikty na tle podziału obowiązków to odwiecznie grunt, na którym konflikt może się uwydatnić. Jeśli w parze narasta jakiś kryzys, oddalenie, niezrozumienie, wewnętrzny dyskomfort, to często zaczyna się to właśnie w temacie podziału obowiązków domowych.

Takim momentem kryzysowym jest sytuacja kiedy w rodzinie pojawia się dziecko. I warto zaznaczyć, że jest to naturalny książkowy kryzys rozwojowy w życiu rodziny, tzw. normatywny. On musi się wydarzyć, o ile para planuje mieć potomstwo.

Po okresie narzeczeństwa, przyjemnych momentów we dwójkę, pojawia się dziecko, które mocno zawęża przestrzeń na własne potrzeby rodziców. Wtedy robi się szybkie przemeblowanie na ile moje potrzeby mogą być w rodzinie uwzględnione, na ile nie. No i faktycznie dochodzą nowe obowiązki, nowy stres, tzw. docisk.

I to jest chwila prawdy dla związki, weryfikacja tego kto ma jakie dziedzictwo, wzorce wyniesione z własnego domu. Zaczynamy częściej analizować  jak było u mnie, jak było u mojej partnerki/partnera. Wtedy z szafy wychodzą różne przekazy, z którymi weszliśmy w związek a które do tej pory nie były wyjmowane. Para musi się z tym jakoś zmierzyć. Zastanowić się jak to sobie ułożyć.

Biorąc pod uwagę mnogość dziedzictwa każdego z nas i to, że w pokoleniu naszych rodziców raczej dominował tradycyjny podział obowiązków, to często wracamy do tych schematów w naszych rodzinach, nawet kiedy deklarujemy partnerstwo?

Zasadniczo są 2 wersje podziału obowiązków. Są pary, które się dzielą komplementarnie – ktoś jest specjalistą w jednym obszarze, ktoś w innym. Ostatecznie to tworzy całość. Każdy jest obciążony w sposób korzystny dla rodziny.

Druga wersja jest bardziej bezpieczna – symetryczna. Dominuje w okresie narzeczeństwa. Każdy po równo pracuje, sprząta, gotuje, robi zakupy, ma swoje pieniążki. Taka bezpieczna niezależność. To jest zawsze bezpieczniejszy plan, bo trudno się o niego pokłócić. Ale w sytuacji, kiedy w związku pojawia się dziecko, to często następuje przesunięcie z modelu symetrycznego w kierunku komplementarnego. Statystycznie kobieta przejmuje ciężar opiekowania się dzieckiem i zajmowania się domem, partner wtedy się częściej aktywizuje zawodowo i zabezpiecza finanse.

Po paru latach to może wrócić jako kryzys – kobieta poświęciła się dla domu i wychowywania dzieci, przez co ma zaległości zawodowe. A mąż w tym czasie rozwinął skrzydła.

Czyli długoterminowo taka asymetria jest ryzykowna. Może zatem lepiej od początku starać się wdrażać model symetryczny. Może nie dokładnie 50/50, ale jednak dążyć do równowagi?

To jest do ustalenia między parą i też uznania pewnej równej wartości. To wszystko zależy od tego jak para się ze sobą umówi.

Generalnie kiedy para się od siebie oddala, zawsze musi być jakiś powód, jakiś grunt, na którym nasza frustracja czy ból musi się ukazać. Często to objawia się w sporach o podział obowiązków domowych – zaczyna się licytacja i rozliczanie kto czego nie robi. Szczególnie przy małych dzieciach, kiedy doby nie starcza, wszyscy są przemęczeni. Wtedy też często pojawia się gdzieś taka fantazja, że druga strona ma jakiś zapas, że coś tam po kieszeni chowa – jakiś dodatkowy czas, którego nie chce zainwestować w nasze wspólne sprawy, żeby mnie odciążyć.

Pojawia się dwustronny klincz takiej frustracji. Każdy jest już tak zmęczony, że patrzy z wybawieniem w stronę partnera licząc, że pomoże. Często mamy klapki na oczach i nie potrafimy w partnerze dojrzeć, że on też robi co może.

Co możemy zrobić, aby nie dopuścić do tego momentu albo co zrobić, aby nie przerodził się w poważny kryzys?

Warto stosować profilaktykę. Najważniejsze jest przegadanie wspólnej wizji NASZEGO DOMU. Mamy przecież do czynienia z dwójką osób. Każda ze swoją wizją jak by to mogło wyglądać, aby mi w tym było dobrze.

Tu warto zaznaczyć, że jedna sprawa to jak mi się wydaje, że będzie dobrze. A inna sprawa jak ja w tym faktycznie się odnajdę. Także tu nie chodzi tylko o przegadanie tego przed i kurczowo trzymanie się tego. Ważna jest elastyczność i otwartość na aktualizowanie tego pomysłu. Widzimy, że coś nie działa? Zakładaliśmy, że coś będzie łatwiejsze, a okazało się trudne? Może to zmieńmy? To są właśnie zasoby pary – jeśli para potrafi ze sobą porozumiewać się na bieżąco, to się impregnuje na pojawianie się kolejnych kryzysów.

Tylko często ta rozmowa jest trudna. Mam wrażenie, że często uważamy, że temat jest tak przyziemny, że nie ma po co o nim rozmawiać. Zakładamy, że wszystko wyjdzie w praniu?

Z praktyki terapeuty powiem tak – często kiedy ten kłopot się pojawia i moglibyśmy szybko i skutecznie coś zaradzić, to pojawia się błąd autopilota. Nie poddajemy tego refleksji. Nie zdajemy sobie sprawy z zagrożenia. Bagatelizujemy problem. Zakładamy, że jakoś to będzie. Tylko  potem do tej sytuacji doklejają się kolejne niuanse jak rzepy. Zaczynają nabrzmiewać, rosnąć jak chwasty w naszej relacji. W końcu stają się zarzewiem niebezpiecznego oddalenia się partnerów. Ta frustracja zaczyna antagonizować partnerów – zaczynają być przeciwko sobie.

Czyli ten konflikt może się zrodzić nie z braku dobrej woli ale z powodu błędu poznawczego – właśnie wspomnianego błędu autopilota?

Wróćmy do naszego dziedzictwa, z którym wkraczamy w związek. Dwoje ludzi ma zazwyczaj inne wyobrażenia jak powinien funkcjonować dom, ponieważ pochodzą z odmiennych jego wersji. Różne rzeczy im grały, nie grały. Niektóre schematy są podobne, znajome, inne różne.

Obowiązki są jednym z fragmentów tego konfliktu – „bo u mnie to było tak”. To niekoniecznie jest zła wola, tylko bardziej ten autopilot. Autopilot sprawia, że działam w tym co mnie ukształtowało, bo znam obsługę. Wiem jak to działa, jakie są skutki takiej czy innej decyzji. Różnie było, ale przynajmniej przewidywalnie. I  ta przewidywalność jest ważnym elementem, dla którego partnerzy się tego tak trzymają. Szukanie nowego, wymaga poskromienia pewnego niepokoju związanego z tym jak to będzie.

To jest ważne na ile para może ze sobą świadomie rozmawiać. Rozumieć, że oni tu i teraz tworzą nową wersję – autorską. Teraz już nie jest jak u mnie czy jak u ciebie, tylko jak u nas.

Czyli para powinna odciąć się od myślenia kategoriami tego co było i zastanowić się co jest najlepsze dla nich w ich konkretnej sytuacji tu i teraz?

Tak, to musi być taki autorski skrojony na miarę koncept dwójki ludzi – jak dobrze skrojony garnitur. Muszą nauczyć się o tym ze sobą rozmawiać i co ważne – aktualizować. Jak w systemach operacyjnych, w których co chwila są jakieś błędy, coś nie działa, trzeba zrobić aktualizację, aby znowu działało płynnie. W życiu jest tak samo – trzeba analizować na bieżąco czy wszystko działa i mieć możliwość wyciągania wniosków, jeśli nie działa.

To się wszystko zaczyna od indywidualnej niewygody. Kiedy któremukolwiek partnerowi zaczyna być niewygodnie, to to już jest ważne. Nie wolno zatrzymywać się na tej frustracji wynikającej z tego, że  coś nie działa. Warto podjąć próbę zrobienia czegoś inaczej, aby obu partnerom było lepiej.

Odnosząc do przykładu matki zajmującej się dzieckiem i domem. Do pewnego momentu było to z nią w zgodzie, ale od któregoś momentu jej się zmienia. Bo ma prawo się zmienić. No i tu pojawia się pytanie na ile ona czuje, że może z mężem/partnerem o tym porozmawiać.

Jeśli w związku chodzi o to, aby dbać o siebie wzajemnie, to partner powinien być bardziej otwarty na aktualizacje. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czy mi zależy, aby moja partnerka była ze mną szczęśliwa?  

Podsumowując – zachęcam do profilaktyki i dbania o bieżące rozmowy na temat naszego funkcjonowania w domu. Terapia jest już dużo cięższym przeżyciem dla partnerów. Lepiej reagować kiedy jest dyskomfort, a nie kiedy jest cierpienie.

To bardzo ważne co Pan powiedział, ale mam wrażenie, że jest jeszcze jeden warunek powodzenia – musimy wiedzieć czego chcemy. Obserwujemy takie zjawisko, że z jednej strony kobiety oczekują wsparcia partnerów, dzieci, ale oczekują, aby to było robione tak jak one chcą. Czasem nie potrafią odpuścić czy dopuścić, że pewne rzeczy można zrobić inaczej.

W podziale obowiązków chodzi również o kontrolę. Czasami kobiecie może być trudno oddać kontrolę. Może pojawić się dylemat- z jednej strony fajnie oddać kontrolę i być odciążonym, mieć ulgę, ale z drugiej trudno jej zaakceptować „inność” pomysłów partnera czy jakość wykonania.

To jest wewnętrzna praca, aby być otwartą/otwartym na to, że partner może coś jednak robić inaczej. Oddanie części kontroli, najczęściej współgra z obawami. Im bardziej boimy się jak to będzie, tym bardziej mamy potrzebę to kontrolować.

To też jest taka pewna rozgrywka w parze o decyzyjności. Można mieć różne lęki na tym tle – jak coś odpuszczę, to na ile się w tym zatracę. Czy wtedy stracę jakąś część siebie?

Rozmawiając o obowiązkach domowych, dochodzimy do poważnych spraw relacyjnych.

Tak, tam jest głębinowo dużo obaw relacyjnych. Obowiązki domowe stają się  poligonem do sprawdzania i pilnowania jak jest między nami. Ważne, aby nie bagatelizować objawów kiedy jest mi źle.

Ojcowie  też mają swoje obawy a przy tym brak wzorca na ten moment wykraczającego poza tradycyjny model rodziny. Dopiero teraz rośnie pokolenie ojców, które będzie mogło te nowe – partnerskie wzorce przekazać swoim dzieciom.

Korzystanie z pomocy kobiet, które mają lepsze przygotowanie społeczno – kulturowe do tej roli, nie jest złą strategią. Ale to może rodzić u mężczyzn zagrożenie, że kiedy kobieta przejmuje dowodzenie w parze, on traci swoją decyzyjność.  Może pomyśleć, że korzystając z pomocy partnerki, jego głos staje się mało ważny – dlatego mówi „zostaw, robię to po swojemu”. Może stracę więcej czasu, cierpliwości. Zyskuję to, że nadal czuję się ważny w tym związku.

I znowu jak para potrafi rozmawiać, to może się wzajemnie uspakajać i przepracowywać takie sytuacje.

Nasza kampania „Wspólny dom – wspólne obowiązki” jest realizowana pod hasłem „Zrób swoje i ciesz się wspólnym czasem z rodziną”. Co Pan sądzi o takim podejściu do tematu podziału obowiązków?

Myślę, że to dobra strategia. Żyjemy ze sztywnymi, skostniałymi wyobrażeniami – wydaje nam się, że czegoś nie damy rady zrobić, nie chcemy zrobić. A tu ktoś mówi: „Halo! To jest bez sensu. 5 minut i po robocie!”

Niby proste, ale czasem nie wchodzi. Warto jednak sobie zdać sprawę, że kiedy jedna osoba prosi, krzyczy, płacze, a reszta rodziny to ignoruje, to to coś mówi o naszej relacji. Dyskomfort można połknąć, ale on jest jak kamienie – będzie się odkładał, nie zniknie.

Z mojej terapeutycznej perspektywy najpierw zapytam kto zgłasza tę sprawę dyskomfortu wynikającego ze zbyt dużego obciążenia obowiązkami i czemu rodzina nie reagowała. Ktoś mówi: „Halo ja tu cierpię, mi to nie odpowiada. Rozumiem, że wam to nie przeszkadza, tylko mi.”. Pytanie co z empatią – jak reagujemy kiedy komuś z naszej rodziny jest źle; jak reaguje reszta rodziny; jak oni uzasadniają swoje reakcje. To jest do sprawdzenia.

Skoro jest mi źle, to mówię o tym. Jestem ignorowana, no to się złoszczę, frustruję. Ktoś tę złość zbiera. I to jest ciekawe – czemu się bardziej opłaca nie sprzątać i otrzymywać taką złość od bliskich osób, zamiast posprzątać i dostać jakieś ciepełko. To jest zagadka.

To jest na zasadzie inwestycji ekonomicznej – ile włożę, ile zyskam. Jakie są zyski i straty z takiego rozwiązania? Czasami zaskakująco tam są ukryte zyski. Może ja trochę stracę, ale zyska NASZA RELACJA.

#teamrodzina #Amicaforliving #wspólnydomwspólneobowiązki #dzielmysięobowiązkami #partnerstwo #zróbswoje #AmicaAGD

Dodaj komentarz