Urlop rodzicielski dla ojców – szczerze polecam

Urlop rodzicielski dla ojców – szczerze polecam

Gdy byłem na urlopie rodzicielskim poczułem prawdziwą przyjemność z drobnych, codziennych rzeczy, takich jak przygotowanie śniadania dla całej rodziny, kąpiel synów, odrabianie prac domowych czy  wspólne gry i zabawy. Zapewne wynika to z faktu, iż nie ciążyła na mnie presja zadań i deadeline’ów– o doświadczeniach z urlopu rodzicielskiego opowiada Dominik Zieliński, członek zespołu w Departamencie Klientów Strategicznych BGK, szczęśliwy mąż i tata trzech synów: jedenastomiesięcznego Leona, prawie czteroletniego Teodora i sześcioletniego Ignacego.

Sylwia Ziemacka: Czym dla zawodowo aktywnego taty jest urlop rodzicielski? Jak go sobie wyobrażałeś, czy coś cię zaskoczyło?

Dominik Zieliński: W moim przypadku trudno mówić o jakimś zupełnym zaskoczeniu w kontekście czasu dla rodziny. Na urlop rodzicielski zdecydowałem się przy trzecim potomku, także mam już dość bogate doświadczenia w wychowaniu dzieci oraz zajmowaniu się domem (wcześniej też jako wujek często opiekowałem się pociechami rodzeństwa). Jednak mimo wielu dotychczasowych doświadczeń, dopiero gdy byłem na urlopie rodzicielskim poczułem prawdziwą przyjemność z drobnych codziennych rzeczy, takich jak przygotowanie śniadania dla całej rodziny, kąpiel synów, odrabianie prac domowych, wspólne gry i zabawy. Zapewne wynika to z faktu, iż nie ciążyła na mnie presja zadań i deadeline’ów. Mogłem spokojnie poświęcić się codziennym rodzinnym obowiązkom, ale przede wszystkim przyjemnościom.

Możliwość pełnego poświęcenia się rodzinie i spędzenia dobrego jakościowo czasu z dziećmi to niesamowite doświadczenie. Kiedy jest się aktywnym zawodowo tatą, często brakuje czasu na małe przyjemności w gronie najbliższych lub nie zawsze starcza sił na ich realizację. Moja praca w BGK jest absorbująca – zajmuję się budowaniem relacji, śledzeniem sytuacji i planów wymagających wsparcia finansowego ze strony BGK największych spółek w Polsce. Urlop rodzicielski to dla ojców świetna sposobność do nadrobienia „straconych” lub nie w pełni wykorzystanych chwil z bliskimi.

Spędzając czas z dziećmi można się wiele nauczyć – szczególnie w obszarze kompetencji miękkich. Czy potwierdzasz to z własnego doświadczenia? Czy to, czego uczysz się w relacji z dzieckiem może być przeniesione do życia zawodowego?

Gdy przebywamy z dziećmi dostajemy powiew świeżości w spojrzeniu na otaczający nas świat. Tę sytuację można porównać do korporacyjnego określenia „out of the box” lub „bird view”, które mobilizują nas do wyrwania się z klasycznego podejścia do spraw lub dostrzeżenia szerszej perspektywy, innego kontekstu. Wielu dorosłych, w tym również ja, może jedynie pozazdrościć dzieciom tego, jak nietuzinkowo myślą, kreatywnie podchodzą do zagadnień i problemów, są wytrwali w dążeniu do celu i nie zrażają się niepowodzeniami. Chyba nie ma rodzica, który na koniec dnia nie doceni z jaką żarliwością jego pociecha wraca z pytaniami dotyczącymi życia, prośbami o włączenie bajki, przeczytania ulubionej historii (po raz setny) lub przygotowania ulubionego posiłku (mimo, iż inny jest gotowy). Większość z nas dawno by się poddała, a dziecko jak kropla drąży skałę, na końcu osiągając pożądany efekt – oczywiście mówię o sytuacjach wychowawczych, pozytywnych.

Opieka nad dziećmi uczy cierpliwości i uświadamia jak duże pokłady energii w nas drzemią. Okazuje się, że nawet w chwilach największego zmęczenia lub na skraju załamania, potrafimy z siebie wykrzesać impuls do działania. Wielokrotna opieka nad maluszkami w nocy lub trudne „przejścia” podczas ząbkowania potrafią przesunąć granice wytrzymałości rodzica, co pomaga w życiu prywatnym, ale również zawodowym. 

Dodatkowo, dzieci raczej patrzą na świat w prosty sposób i warto się od nich tego uczyć. My dorośli często o tym zapominamy i szukamy bardzo skomplikowanych rozwiązań dla dość nieskomplikowanych sytuacji.  Przypomina mi się zasada KISS, którą usłyszałem podczas jednego ze szkoleń –  Keep It Simple Stupid, tj. staraj się postępować jak najprościej, aby być właściwie zrozumianym i osiągnąć cel.

Opieka nad dziećmi od najmłodszych lat rozwija w człowieku umiejętność cieszenia się z sukcesów innych ludzi – kto z nas rodziców nie cieszył się z pierwszego słowa dziecka, tego jak raczkuje lub robi kilka kroków? Wspólnie wspieramy się w działaniach, cieszymy się z sukcesów, ale czasami też doświadczamy gorzkiego smaku porażki – to wszystko są bardzo ważne umiejętności w życiu zawodowym, które scalają członków zespołu.

Czy umiejętności nabyte w trakcie pracy zawodowej mogą być pomocne w życiu rodzinnym, szczególnie podczas urlopu rodzicielskiego, np. te z zakresu zarządzania projektami?

Na co dzień współpracuję z dużymi klientami. Przez lata nabyłem umiejętności negocjacji i budowania relacji, które z pewnością w jakimś stopniu (zupełnie nieświadomie) wykorzystuję w relacji z bliskimi. Angażowanie moich synów do pomocy w domu, porządkowania pokoju czy zabawek, wymaga „nieco dyplomacji”, sprytnego podejścia, czasami „zachęty” w postaci słodkości lub wizji wspólnej zabawy jako nagrody. Myślę, że każdy rodzic „ma sposób” na swoje dzieci, które zna najlepiej wraz z ich potrzebami. Ja częściowo czerpię z doświadczeń czy przyzwyczajeń zawodowych.

Od najmłodszych lat starałem się być dobrze zorganizowanym, poukładanym, przygotowanym na różne okoliczności. Większość powierzonych mi zadań (zarówno w życiu zawodowym i prywatnym) staram się wykonywać skrupulatnie i systematycznie. Gdybym miał porównać ten model działania to powiedziałbym, że przypomina klasyczny sposób prowadzenia projektu pod nazwą „Rodzina, Dzieci, Życie”, ale… No właśnie, mając na pokładzie trzech radosnych synów i pełną energii małżonkę, trzeba być zdecydowanie bardziej elastycznym, gotowym na częste zwroty sytuacji i szybko adaptować się do zmian. I tutaj z kolei kłania się zwinne podejście projektowe, które zdecydowanie skuteczniej radzi sobie w dynamicznym środowisku. Gdybym miał przenieść powyższe pojęcia z zakresu zarządzania projektami na moje życie prywatne, to wskazałbym iż jest to mix obu podejść: klasycznego i zwinnego – wszyscy domownicy znają swoje miejsce, prawa i obowiązki; istotna jest komunikacja swoich potrzeb i samopoczucia; ważne, aby na bieżąco rozwiązywać wszelkie niejasności i problemy.

W praktyce jest tak, iż wiele doświadczeń zawodowych wykorzystuję na co dzień w życiu rodzinnym zupełnie nieświadomie, np. planowanie budżetu rodzinnego, wycena i weryfikacja, a także prowadzenie inwestycji wokół domu, z tą różnicą, że nie na wszystko tworzę arkusze kalkulacyjne i dużo częściej poddaję się emocjom. 😉

Jak  twój urlop rodzicielski wpływa na twoją relację z dziećmi, a jak z żoną?

Czas spędzony na urlopie rodzicielskim to jak dotąd jedno z moich lepszych doświadczeń życiowych, dzięki któremu zarówno moje relacje z dziećmi, jak i małżonką pogłębiły się. Mamy pewien rytm dnia, który podyktowany jest potrzebami i obowiązkami poszczególnych domowników. Oczywiście jak wskazałem wcześniej, musimy być gotowi na wszystko i na bieżącą reagować na sytuacje – niejednokrotnie przeziębienie lub gorsza dyspozycja zdrowotna któregoś z chłopców burzy ten rytm, jednak co do zasady staramy się trzymać planu. Jemy wspólnie śniadanie (co podczas pracy zawodowej było możliwe w weekendy lub w czasie urlopu). Następnie odwożę najstarszego syna do szkoły. Później poświęcam czas na opiekę nad dwoma młodszymi synami, tj. zabawy, spacery, odpoczynek, gotowanie, sprzątanie itp. Tak naprawdę kończy się jedno zajęcie i zaczyna kolejne. Dzięki temu spędzamy ze sobą dużo więcej czasu, niż gdybym wykonywał swoje obowiązki zawodowe, choć zmęczenie jest co najmniej na równym poziomie.

Moi synowie dużo chętniej zwracają się do mnie ze swoimi sprawami, w mniejszym stopniu angażują małżonkę, bo wiedzą że jestem na miejscu i mam dla nich czas. Oczywiście, nie jest tak, że wszystkie tematy trafiają do mnie. Dzieci mają swój rozum – u nas np. z reguły to ja pełnię rolę „złego policjanta”, co w praktyce oznacza, że chłopaki znają moje zdanie w danej kwestii i poproszą o zgodę lub pomoc mamę, która rzadko im odmawia.

W przypadku opieki nad najmłodszym synem, dzięki pobytowi w domu na żywo jako pierwszy widz, uczestniczę w przełomowych momentach jego życia – takich jak chociażby raczkowanie, którego się nauczył dosłownie kilka dni temu. W przypadku dwóch starszych synów, o tych „skokach rozwojowych” dowiadywałem się jako ostatni. 😉

Mój pobyt w domu i opieka nad dziećmi dały duży komfort psychiczny mojej małżonce w czasie jej powrotu do aktywności zawodowej – w końcu kto jak nie rodzice, w tym ojcowie, znają swoje pociechy najlepiej. Poza tym zyskaliśmy więcej czasu dla siebie – na wspólne spacery popołudniami (oczywiście z chłopakami), oglądanie programu informacyjnego czy po prostu rozmowę, na którą wcześniej wieczorami brakowało sił i przestrzeni. Zdecydowanie, „taka zamiana ról” wyszła nam na korzyść i oboje jesteśmy zadowoleni z podjętej decyzji.

Jak pandemia koronawirusa wpłynęła na wasze życie rodzinne?

Czas pandemii i zdalna praca przed urlopem rodzicielskim umożliwiły łagodne przejście z tradycyjnej formy pracy (codziennej pracy w biurze) do zajęcia się dziećmi w 100% (bez zobowiązań zawodowych podczas urlopu rodzicielskiego). Możliwość pracy w domu sprawiła, że „chcąc nie chcąc”, mimo wielu zadań zawodowych i częstych spotkań online, mogłem poniekąd „podglądać” domowników, usłyszeć, a czasami nawet uczestniczyć w codziennych sprawach. Wcześniej, jak zdecydowana większość z nas, rano znikałem na cały dzień, a wracałem wieczorem. Główna cześć dnia umykała mi bezpowrotnie, a jakość kontaktu wieczorem po całym dniu pracy i zmęczeniu była raczej niska. W czasach pandemii, mimo wielu niedogodności i stresu, dzięki byciu na miejscu w domu, miałem sposobność w większym stopniu uczestniczyć w życiu rodzinnym. Mam nadzieję, że skuteczne rozwiązania wprowadzone właśnie ze względu na Covid-19, umożliwią w znacznym zakresie pracę w domu także w przyszłości.

Jak dzielicie się obowiązkami domowymi?

Mamy już wypracowany model podziału obowiązków domowych, który oczywiście w zależności od sytuacji ulega zmianom lub po prostu zastępujemy siebie wzajemnie.

Co do zasady, ja zajmuję się bieżącymi zakupami (spożywcze, chemia i inne artykuły domowe), porządkami w ogrodzie i ogólnym utrzymaniem domu (prace remontowe itp.), a także sprzątaniem – codziennym i weekendowym – choć tutaj staramy się angażować obu starszych synów, aby pilnowali porządku w swojej przestrzeni. Żona wspiera mnie w gruntownym sprzątaniu, które ma miejsce raz na dwa tygodnie. Częściej też niż ja robi porządek w kuchni.

Małżonka z kolei dba o zakup ubrań i wszelkich przyborów dla chłopaków; planuje i najczęściej odbywa wizyty lekarskie; pilnuje czystości ubrań i odpowiada za kulinarną część prowadzenia domu – w szczególności za obiady. Śniadania i kolacje dla dzieci z reguły szykuję ja. Mogę się pochwalić, iż zdaniem chłopaków szykuję najlepsze kanapki na świecie! Naukę dzieci prowadzimy oboje, ale sprawami organizacyjnymi i kontaktem ze szkołą zajmuję się ja.

Podsumowując, staramy się uzupełniać w wypełnianiu obowiązków domowych, a kwestie dotyczące dzieci naturalnie podzieliliśmy w ten sposób, iż ja odpowiadam za starszych synów, a żona więcej uwagi poświęca najmłodszemu (poza czasem kiedy jest w pracy). Przy pięcio-osobowej rodzinie musi być podział ról, ale i pełna zastępowalność i przepływ informacji. Zabrzmi to nieskromnie, ale wydaje mi się, że całkiem nieźle udaje się nam prowadzić dom i opiekować dziećmi.

Jaką rolę w podjęciu decyzji o urlopie rodzicielskim odegrał pracodawca? Czy była to łatwa decyzja? Z czego wynikała?

O skorzystaniu z urlopu rodzicielskiego myślałem już przy poprzednich narodzinach dzieci, jednak zawsze mówiłem sobie, iż jest to „niewłaściwy czas” (z perspektywy czasu żałuję tych decyzji). Przed BGK pracowałem w norweskim banku, w którym członkiem zarządu był Norweg. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że po narodzinach swojego pierwszego dziecka skorzystał z 3 miesięcznego urlopu rodzicielskiego dla ojców, który w tym kraju jest czymś naturalnym.

Według mojej wiedzy, w Polsce rzadko zdarza się, że mężczyźni decydują się na dłuższy pobyt w domu w pierwszym roku życia dziecka, a jest to błąd. Dzięki urlopowi rodzicielskiemu, mamy szansę uczestniczyć w pięknych chwilach niemowlaka, realnie wesprzeć partnerkę w opiece i trudach zajęcia się naszą pociechą, ale przede wszystkim stworzyć wyjątkową więź z dzieckiem, która później procentuje piękną relacją w kolejnych latach, pozostaje także we wspomnieniach, dodając sił w chwilach słabości.

Poza tym, to nie jest tak, że zajmując się dzieckiem czy dziećmi nie ma czasu na inne (także własne) sprawy. W naszym przypadku, będąc na urlopie rodzicielskim, przy odpowiedniej organizacji czasu i oczywiście niewielkim wsparciu dziadków, znajduję chwile na aktywność sportową i prace na działce. Owszem, nie ma tej swobody w podejmowaniu decyzji o weekendowym wypadzie lub szybkim urlopie, a w pierwszej kolejności myśli się o sprawach związanych z dziećmi (a dopiero później, wręcz na samym końcu o swoich). Ale nie jest też tak, że zostaliśmy przyspawani do miejsca i już nic nie da się zrobić. Dużo większym wyzwaniem niż opieka nad dziećmi okazała się pandemia Covid-19, która skutecznie utrudniła nam życie i ograniczyła bezpośrednie kontakty ludzkie.

Decyzję o skorzystaniu z urlopu rodzicielskiego podjęliśmy z żoną we dwoje. Nie była to łatwa decyzja, a złożyło się na nią wiele czynników, w szczególności konieczność przeprowadzenia operacji medycznych u dwóch wspólników, z którymi małżonka prowadzi biznes rodzinny. Ta sytuacja wymagała jej szybkiego powrotu do pracy. To był główny motywator, który jednoznacznie wskazywał „to ten właściwy czas na zamianę ról”.

Kiedy poznaliśmy terminy operacji i oboje utwierdziliśmy się w decyzji, poinformowałem pracodawcę (w pierwszej kolejności przełożonego i managera), następnie koleżeństwo w HR, dając odpowiedni zapas czasowy na przygotowanie zastępstwa i rozłożenie obowiązków zawodowych podczas mojej nieobecności. Mimo, iż decyzja o urlopie rodzicielskim zbiegła się w czasie ze zmianami w organizacji i departamencie, w którym pracuję, mam poczucie, iż przełożeni ze zrozumieniem przyjęli tę informację. Z kolei zachowując odpowiedni zapas czasowy na przekazanie swoich zadań i obowiązków, ograniczyłem stres i niepewność do minimum.

Czy namawiałbyś innych ojców do skorzystania z urlopu rodzicielskiego?

Z perspektywy tygodni spędzonych w domu z dziećmi i najmłodszym synem żałuję, iż w przeszłości nie zdecydowałem się na skorzystanie z urlopu rodzicielskiego (nawet w niewielkim stopniu). Mam niedosyt czasu spędzonego z chłopakami, który staram się teraz nadrobić. Osobom, które rozważają skorzystanie z tej formy opieki nad pociechami, szczerze to polecam. Oczywiście opieka jest bardzo angażująca i wymagająca pełnej czujności w 100%, ale daje wiele satysfakcji, których człowiek nie dozna w pracy zawodowej (to inny rodzaj spełnienia). Dzięki temu wzbogaci swoje doświadczenia i doznania, nabierze siły i motywacji do innych aktywności, w tym zawodowych.

Dodaj komentarz

# OBSERWUJ NAS NA INSTAGRAMIE