Po burzy zawsze przychodzi słońce

tata na pełen etat

Po burzy zawsze przychodzi słońce

Witajcie ponownie! Dziś przeczytacie o tym jak mężczyzna choruje a kobieta ogarnia wszystko za wszystkich i jak to jest z trójką dzieci w domu kiedy przedszkola zamknięte.

Kolejny miesiąc zaczął się niestety od mojej choroby. A wiadomo, że mężczyzna nie choruje, tylko walczy o życie. Na szczęście Covid potraktował mnie w miarę łagodnie, choć i tak tydzień chorowania i dwa tygodnie dochodzenia do siebie mocno zaburzyły mój rytm urlopu rodzicielskiego. Z żoną zgodnie uznaliśmy, że lepiej się zaszczepić niż chorować, bo jakby nie patrzeć nawet przy lekkim przejściu choroby to trzy tygodnie „wyjęte z życia”.

Właśnie ten czas uświadomił mi, że pomimo moich najszczerszych chęci to jednak moja żona lepiej „ogarnia” wózek pod nazwą dom. Mam dla niej ogromną wdzięczność za to, że ogarniała jednocześnie chorego męża i dzieci. Moich pociech koronawirus na szczęście nie tknął. Wręcz przeciwnie – miały mnóstwo energii do spożytkowania.

Później musiałem się zmierzyć się z tematem „ przedszkola zamknięte trzeba się zająć trójką dzieci”. Było ciężko. Byłem jeszcze zmęczony po chorobie i naprawdę zajęcie się trójką to już nie była zabawa tylko pole minowe???? Nie doceniłem kreatywności moich dzieci – np. dzieci leżą już cichutko w łóżkach przed snem, ale coś podejrzanie za cicho. Zaglądam do nich a tam najpierw córka sobie a potem młodszemu bratu zrobiła tatuaże długopisem????

Na szczęście siły wracały, dzieci zajmowały się coraz więcej sobą i okazało się, że także ja dałem radę z trójką w domu????Udało mi się nawet ugotować rosół z kaczki i zupę z białych warzyw – co prawda z pomocą robota kuchennego według przepisu wgranego na urządzeniu, ale liczy się, że się udało. Ta zupa to mój najczęstszy wybór – szczególnie, że z kulkami ptysiowymi jest bardzo lubiana przez dzieci, w tym i przez Kazika.

Pomogła mi również pogoda. W końcu przyszedł piękny weekend i wybraliśmy się razem całą rodziną do Wrocławia. Bardzo lubimy to miasto z pięknymi kamieniacami nad Odrą, wyspami no i oczywiście z rewelacyjnym zoo. Nie będę oryginalny jak napiszę, że najwięcej czasu spędziliśmy w afrykarium, gdzie każde z nas znalazło coś dla siebie. Syn uwielbia ryby, szczególnie rekiny i zafascynowany życiem w akwariach. Córce bardziej podobały się hipopotamy i manaty, które również skradły serce mojej żony. Ja czułem się bardzo zrelaksowany wpatrując się w toń błękitnej wody. Najbardziej podobały mi się pingwiny i przezabawne goniące się wydry już poza afrykarium, ale też na terenie zoo. Bardzo miło spędziliśmy czas i naładowaliśmy baterie. Był to nasz pierwszy dłuższy wyjazd w tym roku i pozwalił nam optymistycznie patrzeć na dalsze plany wyjazdowe. Takie oderwanie się od codziennej rzeczywistości jest dobre dla wszystkich, dlatego warto sobie od czasu do czasu organizować takie przyjemności.

Na koniec weekendu zadzwonili dziadkowie, że chętnie zajmą się starszą dwójką! Tak więc wróciliśmy z żoną i małym Kaziczkiem do Łodzi sami. Jest poniedziałek, Kazio śpi a ja piszę dla Was jak to jest na urlopie rodzicielskim. Jesteśmy z powrotem tylko we dwóch. Jest ciszej, niż jak cała trójeczka jest na pokładzie. Pytanie czy lepiej? Hhmmm inaczej. Kazio bardzo lubi towarzystwo starszego rodzeństwa i świetnie się z nimi bawi.  Jak jest sam, jest bardziej marudny, może nieco smutniejszy, może tęskni za rodzeństwem???

 Pozdrawiam Was wszystkich!

Dodaj komentarz