
Wywiad o 20 tygodniach, które zmieniają perspektywę
Za nim blisko 20 tygodni niezwykle intensywnego czasu w roli pełnoetatowego opiekuna córki Gosi oraz menadżera domowej codzienności. W szczerej rozmowie Rafał Talar z Krakowa opowiada o zderzeniu z polskimi stereotypami, „męskiej” solidarności na grupach wsparcia, pułapce nadmiernej produktywności oraz o tym, dlaczego urlop rodzicielski to najlepszy czas jaki każdy tata może sobie podarować.

Decyzja o urlopie rodzicielskim wydaje się w Polsce wciąż odważnym krokiem. Jak to wyglądało u Ciebie? Co Cię zmotywowało?
Sama decyzja była dla mnie dość naturalna. Chcieliśmy z żoną optymalnie zorganizować opiekę nad Gosią i trochę opóźnić moment jej pójścia do żłobka, tak aby proces adaptacji przebiegł spokojnie, bez pośpiechu i niepotrzebnych emocji. Dodatkowo ten moment zbiegł się z rozpoczęciem bardzo ciekawego projektu zawodowego u mojej żony. Chciałem umożliwić jej powrót do pracy w najlepszym dla jej ścieżki rozwoju momencie. W praktyce połączyłem przysługujący mi urlop ojcowski z rodzicielskim, co dało łącznie około 20 tygodni obecności w domu. Towarzyszyła mi więc motywacja potrójna: chęć pełnego wykorzystania możliwości instytucjonalnych, wsparcie żony i oczywiście dobro naszego dziecka.
20 tygodni to sporo czasu. Jak na wieść o tak długiej nieobecności zareagowało Twoje otoczenie – w pracy, wśród znajomych i rodziny?
W pracy podszedłem do tematu poprawnie administracyjnie, działając w ramach obowiązującego prawa pracy. Pracuję w dużej organizacji, w której przepisy są respektowane, więc ze strony firmy nie było żadnych obiekcji. Spotkałem się z dużą liczbą pozytywnych reakcji ze strony kolegów z pracy. Wielu mi gratulowało, a niektórzy z nich przyznawali, że sami kiedyś się nie zdecydowali na taki krok, a teraz z perspektywy czasu trochę tego żałują. Czasami pojawiały się pytania: „Dlaczego tak?”, „Jak to możliwe, że tak długo?”, tłumaczyłem wtedy zawiłości prawa i uprawnienia pracownicze. Ten urlop wciąż jest w Polsce niszą, ale czuję, że to się powoli zmienia. W środowisku rodzinnym i wśród znajomych z pewnością byłem pionierem. O ile dwutygodniowy urlop ojcowski jest już standardem i mamy tu „wydeptaną ścieżkę”, o tyle dłuższy czas wciąż budzi zdziwienie. Trzeba też powiedzieć o kwestiach ekonomicznych – urlop rodzicielski jest płatny w wysokości 70% podstawy. Dla wielu domowych budżetów to spora determinanta i nie każda rodzina może sobie na taki spadek dochodów pozwolić. Dla mnie była to jednak świadoma inwestycja w czas spędzony z córkami.
Ponieważ mam dwie córki, czas urlopu pozwolił mi też spędzić więcej czasu ze starszą córką, która w ciągu dnia była w szkole, ale nasza codzienna rutyna z Gosią kręciła się wokół jej planu dnia – razem odprowadzaliśmy i odbieraliśmy starszą siostrę.

Czego w takim razie nauczyło Cię te kilkanaście tygodni? Jakie nowe zasoby lub umiejętności w sobie odkryłeś?
Z pewnością wszedłem w rolę menadżera domu. Skoro nie pracowałem zawodowo, chciałem maksymalnie przysłużyć się rodzinie. Przejąłem gotowanie, codzienne porządki, naprawy, małe remonty, czy serwisowanie zmywarki. Przede wszystkim jednak to była ogromna szkoła cierpliwości. Niespełna roczne dziecko nie ma jeszcze stałej rutyny, jego aktywności i nastroje potrafią zmieniać się co minutę. Musieliśmy się siebie nauczyć, zacząć odczytywać wzajemne niewerbalne komunikaty. Dzisiaj, dzięki temu wspólnemu czasowi, łapię te sygnały w lot. Wiem, o co chodzi, zanim mała wskaże coś palcem. To niesamowity trening inteligencji emocjonalnej względem drugiego człowieka. Moim zdaniem ojciec przy małym dziecku może zrobić absolutnie wszystko – jedyną barierą jest karmienie piersią. Dziecko potrzebuje obojga rodziców, a przemęczona, zostawiona sama sobie mama to scenariusz, który źle wpływa i na dziecko, i na cały związek. Kiedyś miałem silne przekonanie, że kobiety na urlopie macierzyńskim mają mnóstwo wolnego czasu i powinny go wykorzystywać na samorozwój czy naukę języków. Dziś wiem, jak bardzo się myliłem. To jest totalna loteria. Liczba zmiennych, na które nie masz wpływu – to, jak dziecko śpi, czy ząbkuje, czy nie choruje, czy musisz jechać do lekarza – sprawia, że planowanie czegokolwiek bywa niemożliwe.
Żeby jednak „nie zwariować w czterech ścianach”, szukałeś też aktywności na zewnątrz. Jak wyglądała Wasza mapa Krakowa?
Dzień, w którym zaplanujesz choćby jedną godzinę zorganizowanych zajęć poza domem, od razu zyskuje inny rytm i nie masz poczucia, że „kiśniesz” w domu. Chodziliśmy na gordonki, zajęcia rytmiczne i rymowanki. Wspaniale sprawdziła się krakowska sieć Klubów Rodziców dla dzieci do lat 3 oraz zajęcia w Centrum Kultury Podgórze nad Wisłą. Często byłem tam jedynym ojcem w grupie. Moim celem nie było jednak szukanie tam towarzystwa, ale oswojenie Gosi z hałasem, muzyką i obecnością innych dzieci, żeby wejście do żłobka nie było dla niej szokiem.
Co było dla Ciebie najtrudniejszym momentem na tym urlopie?
Prawdziwym wyzwaniem są choroby i ząbkowanie. Raz zbiegło się to tak nieszczęśliwie, że moja córka była mocno chora, a ja dostałem ostrego zapalenia ucha. Takie podwójne obciążenie fizyczne i psychiczne potrafi dać w kość. Zaskoczyły mnie też kwestie infrastrukturalne. Przez pewien czas mieliśmy naprawdę solidną zimę. Ponieważ nie kupiłem specjalnych sanek, pchałem wózek spacerowy przez zaspy. Pierwszy raz w życiu zwały pośniegowego błota przy przejściach dla pieszych autentycznie utrudniały mi życie. Kolejna sprawa to przewijaki. W Polsce wciąż trzeba szukać toalety dla niepełnosprawnych albo wchodzić do damskiej łazienki, co rodzi niepotrzebny logistyczny stres.
Wspomniałeś o roli menadżera domu, czy z perspektywy czasu narzuciłeś sobie zbyt dużą presję?
Ta presja zrodziła się wyłącznie w mojej głowie – nikt z rodziny tego ode mnie nie oczekiwał. Chciałem ten czas wykorzystać na 120 procent. Sam stworzyłem gigantyczną listę zadań typu to-do, a potem frustrowałem się, że ze względu na opiekę nad córką, która była przecież bezwzględnym priorytetem, nie jestem w stanie wszystkiego odhaczyć. Dziś wiem, że mogłem po prostu zwolnić. Lepiej byłoby odpuścić część tych projektów na rzecz zwykłego odpoczynku, bycia bardziej zrelaksowanym.
Czy te 20 tygodni zmieniło Wasz domowy układ sił i podział obowiązków po Twoim powrocie do pracy?
U nas ten podział był dość zrównoważony już wcześniej. Każdy robi to, co lubi. Rewolucji więc nie było, choć zacząłem mocniej angażować starszą córkę w drobne obowiązki. Największa zmiana zaszła jednak na poziomie empatii. Ja tego zmęczenia, tych emocji i trudów, które wcześniej były udziałem mojej żony, nie musiałem sobie jedynie „wyobrażać” – ja je po prostu sam w pełni przeżyłem. Zacząłem też dostrzegać mikrorzeczy, które same się w domu nie robią – kończący się papier toaletowy, brakujący uchwyt w łazience. No i prozaiczny symbol: przez ciągłe zmywanie, mycie dłoni dziecka i mróz po raz pierwszy w życiu musiałem kupić sobie krem do rąk, bo skóra zaczęła mi pękać. Na grupach dla ojców ten temat się nie pojawiał, więc chyba muszę tam wrzucić post z rekomendacją dobrego kremu dla ojców.
Jak z tej perspektywy oceniasz powrót do firmy?
Żyjemy w czasach gigantycznego przebodźcowania. Liczba maili, informacji, akcji do podjęcia w ciągu dnia drastycznie przekracza możliwości ludzkiego mózgu, stąd plaga depresji i wypalenia zawodowego. Sam przed urlopem czułem już pierwsze symptomy silnego zmęczenia. 20 tygodni wolnego od korporacyjnych problemów dało mojej głowie niesamowity dystans. Trzytygodniowy urlop wypoczynkowy to rzadki luksus, który ledwo pozwala się zresetować. Taki długi czas spędzony z rodziną sprawia, że wracasz z zupełnie nowym nastawieniem i pomysłami na to, co dalej. Po latach nasza ciężka praca odejdzie w zapomnienie, a dzieci będą pamiętały tylko to, czy byliśmy w ich życiu obecni.
Co na koniec powiedziałbyś ojcom, którzy wciąż się wahają lub boją się, że nie poradzą sobie w domu bądź wypadną z obiegu w pracy?
Dzielenie się opieką jest po prostu fajne! Bywa wyzwaniem, ale przecież faceci lubią wyzwania. Każdy tydzień spędzony sam na sam z dzieckiem to potężna inwestycja w jego rozwój. My, jako ojcowie, proponujemy dzieciom inne zabawy, mamy inną tolerancję na wyciąganie rzeczy z kuchennej szuflady, inaczej wchodzimy w interakcje. Ta równowaga między podejściem mamy i taty jest dziecku ogromnie potrzebna.
Przy okazji takiego urlopu możesz niesamowicie poznać swoją okolicę. W godzinach dziecięcych drzemek ulice są puste – spotykasz tylko innych rodziców z wózkami albo właścicieli psów. Można poznać mnóstwo świetnych ludzi. Oczywiście, warto się logistycznie przygotować – jeśli ktoś nigdy wcześniej nie obsługiwał pralki czy zmywarki, to najwyższy czas przejść szybki kurs przed urlopem. Zapewniam jednak, że z takiego rozwiązania korzysta cała rodzina. Nam z żoną, pod sam koniec mojej przygody, gdy mała zostawała już dłużej w żłobku na adaptacji, udało się nawet wyskoczyć razem na lunch z okazji moich urodzin. Wieczorem przy dwójce dzieci to logistyczny koszmar, a w ciągu dnia okazało się to cudownym prezentem. „Naprawdę warto!
Wywiad zrealizowany w ramach zadania publicznego współfinansowanego ze środków Miasta Krakowa.
Więcej inspirujących historii z urlopu rodzicielskiego na: https://facetna100pro.sharethecare.pl/